FC Barcelona przyjedzie do Jelcza-Laskowic. „Nie zmieścimy wszystkich na trybunach”

Barcelona vs Sporting
 źródło: PAP

Nie ta z Leo Messim i Neymarem, a grająca w hali, ale przyjazd do Polski futsalowej drużyny FC Barcelona to i tak wielkie wydarzenie. Jeden z najlepszych klubów świata od 31 sierpnia do 3 września zagra w turnieju Futsal Masters w Jelczu-Laskowicach. Gospodarz – Orzeł Jelcz-Laskowice – marzy, żeby kiedyś osiągnąć podobny poziom. Ale najpierw – podkreśla w wywiadzie z „Przeglądem Sportowym” prezes Sebastian Bednarz – musi awansować do ekstraklasy.

Michał Chmielewski: Jak długo trzeba było namawiać Barcelonę na przyjazd do Polski?

Sebastian Bednarz: Odetchnąłem gdy udało się wszystko dopiąć. Negocjacje trwały od stycznia, ale nie były trudne. Od dłuższego czasu korespondowałem z trenerem, który od tego roku zatrudnił się w Barcelonie jako szkoleniowiec przygotowania motorycznego. Ten dał mi numer do dyrektora sportowego klubu i tak się zaczęło. Wymieniliśmy dziesięć maili i dogadaliśmy się. Mam poczucie, że doceniono w Katalonii nasze zaangażowanie w sprawę.

 

Zagracie w jednym turnieju pod koniec ich sezonu przygotowawczego. Nie boicie się demolki?

W skali do 100 punktów Barcelonie dałbym 100, a nam przy dużej dozie optymizmu – 10. Ale nie boimy się z nimi grać, nawet na tydzień przed startem sezonu w Hiszpanii. Spodziewamy się, że w Jelczu-Laskowicach będą już w pełnym gazie. I czekamy na to.

 

Z Futsal Masters zrobił się duży turniej. To trzecia edycja, a już przyjeżdża FC Barcelona. Nawet jeśli to nie ta z Leo Messim i Neymarem, „zrobi” wam promocję samą nazwą.

Turniej ma za zadanie przede wszystkim promować dyscyplinę. Przyjazd FC Barcelony ma wymiar symboliczny, mimo że zagrają zupełnie inni ludzie, duch Messiego i Neymara gdzieś będzie się unosił. Żeby promować, musimy mieć na tapecie duże marki, które kojarzą się wszystkim fanom futbolu. Niewykluczone, że zagra u nas także Napoli, Benfica Lizbona, Dynamo Zagrzeb. To przykłady klubów, które mają bardzo silne sekcje obu typów piłki nożnej.

 

Stadion i tak rządzi.

Futsal jest niedoceniany, ale uważam, że dałoby się go wypromować choćby tak jak piłkę ręczną. Spójrzmy na szczypiorniaka sprzed dekady i z teraz – dwa różne sporty. Przy trawiastej odmianie piłki futsal to wciąż nisza, wolę jednak nie używać tego słowa. Uważam, że nisza polega wyłącznie na różnicach w budżecie na promocję. Są sztuczki, jest dynamika i kompaktowość, a przy tym mówimy nadal o najpopularniejszej dyscyplinie na świecie. To są dobre „papiery” na rozwój. Tylko niech ktoś to zauważy.

 

Skąd w Jelczu-Laskowicach wziął się klub?

Był spełnieniem moich marzeń. Grałem kiedyś sam, potem prowadziłem uniwersytecką drużynę we Wrocławiu i zawsze chciałem coś takiego zbudować. Tak się składa, że pracuję w Jelczu-Laskowicach i codziennie przejeżdżałem obok budowanej tu hali. To mnie natchnęło. Skoro nie zrobiłem kariery jako gracz, to pomyślałem, że zrobię chociaż coś pożytecznego jako działacz. Zanim wraz z Jarosławem Patałuchem podjąłem się tego wyzwania, uczyłem się, jak miałaby wyglądać taka instytucja. Byłem na stażu m.in. w Sportingu Lizbona.

 

Jak wam idzie?

Orzeł istnieje drugi sezon, właśnie bijemy się o ekstraklasę. W przyszłości – jeśli awansujemy – pewnie postaramy się o więcej. Teraz, gdybyśmy mieli do dyspozycji 100 tysięcy złotych na sezon, byłbym szczęśliwy. Ale klub to nie tylko sport. To równocześnie edukacja i biznes. Składają się na niego turniej, drużyna z ambicjami i akademia z dwustoma dzieciakami od 4 do 14 roku życia. To większa całość, którą chcemy, by żył region. Proszę sobie wyobrazić, jak piękne jest uczucie, gdy na mecz twojej drużyny do hali dopycha się do miejsc piętnasta część wszystkich mieszkańców miasta, a samo spotkanie transmituje telewizja.

 

Futsal ma się dobrze w mniejszych miejscowościach.

Takie miasta jak Warszawa, Wrocław lub Kraków mają mnóstwo innych dyscyplin i one ze sobą konkurują. Prowadząc we Wrocławiu 1. ligę, miałem kibiców i zainteresowanie, ale to nie było „to”. W Jelczu-Laskowicach jesteśmy pierwszym wyborem kibiców.

 

Dwieście dzieci w akademii też robi wrażenie. Jak dziecko trafia na boisko pod dachem, to już nie wraca na trawę?

Absolutnie nie. W Hiszpanii, Brazylii czy Portugalii wszystkie dzieci zaczynają od małych gierek, od hali, doskonalenia techniki. I stamtąd idą na trawę. My też chcemy wprowadzić ten model, zresztą nie tylko, bo jak rozmawiałem niedawno z Tadeuszem Pawłowskim ze Śląska Wrocław, oni też planują otworzenie się na halę. To naprawdę jest rozwijające. Mamy szczęście, bo w klubie pracuje Jesus Lopez Garcia. Gracz z wielką przeszłością w hiszpańskim futsalu, który przyjechał na Dolny Śląsk za kobietą i po telefonach skontaktował się z nami. Najpierw zagrał w trzech meczach, ale jak naderwał mięsień łydki, przejął rolę szkoleniowca. Garcia zna tę specyfikę od podszewki. Niech o jego kompetencjach świadczy fakt, że licencję UEFA Futsal B zdobył w Polsce bez znajomości naszego języka. To wielki fachowiec, ma niesamowitą wiedzę praktyczną. Fajnie też, że tak żyje klubem. Dzięki niemu idziemy do przodu.

 

Wielka Barcelona ma jakieś szczególne wymagania? Gdy do Warszawy przyjechał Usain Bolt, Anita Włodarczyk pożyczała mu swoją konsolę...

Tego jeszcze nie wiem, bo szczegóły zaczniemy ogarniać na początku czerwca. Najpierw muszę skompletować zespoły i zadbać o logistykę. W turnieju zagra łącznie osiem zespołów w dwóch grupach. Mecze potrwają od czwartku do niedzieli, na pełnych zasadach, bo to jedyny warunek, by przyjechali do nas najlepsi. Codziennie zaczynamy od godz. 14, następne gry o 16, 18 i hitowy o 20. Pierwszego dnia o tej porze zmierzą się Orzeł i Barcelona. I to – nie mam złudzeń – będzie kolejna nasza piękna chwila.

Z tej samej kategorii