Siatkonoga. Tenis nogami popularniejszy niż skoki narciarskie

siatkonoga
 fot. Siatkonoga Polska  /  źródło: Facebook

- Tutaj noga jest jak rakieta tenisowa, a zawodnicy tak rozciągnięci, że unoszą ją ponad głowę – mówi przed 10. finałami mistrzostw Polski w siatkonodze prezes federacji Siatkonoga Polska Michał Sieczko. W dniach 14-15 stycznia imprezę przeprowadzi wielkopolski Kleczew.

Michał Chmielewski: Czym Kleczew zasłużył na organizację imprezy rangi mistrzowskiej?
Michał Sieczko: We wszystkich sportach, które mam przyjemność rozwijać, przyjmuję zasadę, że promuję miejsca, które niekoniecznie mają własne do tego narzędzia. Które chcą być znane z czegoś pozytywnego, ale szukają argumentów, by stało się o nich odrobinę głośniej. Szukamy więc miejscowości mniejszych, nieznanych, które dzięki zaangażowaniu w nietypowe sporty mogą zaistnieć w świadomości ogólnopolskiej. Co ważne, po organizacji takiego wydarzenia często bywa, że lokalna społeczność zaczyna sama zagłębiać się w dyscyplinę, widzi w niej jakąś szansę. W ten sposób – jak sądzę – zaszczepiamy sport w nowych miejscach, a w efekcie – dostarczamy nowych zawodników, którzy być może w przyszłości będą reprezentować kraj. Przykładem jest młody Bartosz Targas. Postawił na ten sport i teraz przed własną publicznością będzie mógł powalczyć o medal.

 

Szczypiorno – „szczypiorniak”, Kleczew – „kleczewniak”?
Michał Sieczko: Nie, nie, w Polsce pierwszy był Zgierz. Tam ówczesny wiceprezydent miasta Krzysztof Kwiatkowski zdecydował się przyjąć siatkonogę i zorganizować pierwsze mistrzostwa kraju. Potem zainteresowali się inni.

 

Ale ktoś musiał to wcześniej trenować, żeby wziąć udział w mistrzostwach. Jakie były początki, podglądaliście na plażach bawiących się Portugalczyków?
Michał Sieczko: To ciężki kawałek chleba – zarażać od zera nowym sportem na tyle, by wokół tematu zebrała się wystarczająca na początek liczba ludzi. Tak samo było na początku z beach soccerem, który lata temu ściągaliśmy do kraju i teraz reprezentacja Polski z powodzeniem startuje na arenie międzynarodowej. Ja jestem maniakiem zarządzania sportem, tworzenia jego struktur i w tym się wraz z grupą fajnych osób realizuję. Jeśli chodzi natomiast o Portugalię, to impreza w Kleczewie nie ma nic wspólnego z plażą. Jest brazylijska wersja gry na piasku, ale futnet – bo tak to się nazywa w hali – odbywa się na niskiej, 110-centymetrowej siatce, na boisku rozmiarem zbliżonym do pól serwisowych w tenisie. Wymyślili to Czesi, którzy są zakręceni na tym punkcie. Mają pięć lig, a dzieci uczą się jej w szkołach od 7. roku życia. W Korei Południowej – w wersję o nazwie Jokgu – gra dwa miliony ludzi, a zawodnicy stają się bohaterami filmów fabularnych. Można je obejrzeć w YouTube.

 

Jakie są zasady gry?
Michał Sieczko: Gra się do dwóch wygranych setów, w każdym należy zdobyć 11 punktów lub o dwa więcej od rywala. Dedykowana kształtem i wagą piłka (produkuje ją jedna firma na świecie, czeska Gala – przyp. red.) może raz dotknąć podłoża i zaliczyć trzy kontakty po jednej stronie siatki. Można grać single, deble i trójki. W Polsce najbardziej postawiliśmy na dwuosobowe zespoły, bo tak się to kiedyś rodziło na rozgrzewkach piłkarzy.

 

Z jakim skutkiem?
Michał Sieczko: W tych mistrzostwach Polski bierze udział dwanaście najlepszych w Polsce drużyn. Takich par, które rzeczywiście traktują ten sport poawżnie. Do tego jest kilku regionalnych promotorów – jak Kleczew, gdzie rozwija to Krzysztof Kwiatkowski – oraz struktury: PR, sędziów i wszystko, co świadczy o powadze naszej działalności.

 

A na świecie?
Michał Sieczko: Sportem jest zainteresowanych więcej krajów niż skokami narciarskimi! W ostatnich mistrzostwach świata w Brnie, gdzie także braliśmy udział, zajmując w dwójkach i trójkach 8. miejsce, wystąpili zawodnicy z 21 krajów.

 

Sprowokuję. Dlaczego właściwie siatkonoga? Jest tyle bardziej popularnych sportów, które działają jak magnes.
Michał Sieczko: To wspaniała, techniczna dyscyplina sportu, w której stopa pełni funkcję rakiety tenisowej. W zależności od zagrania daną jej częścią nadaje się piłce odpowiedniej rotacji. Trzeba się też poważnie zmęczyć na boisku, być stale skoncentrowanym. Najlepsi gracze serwują piłkę jak w tenisie ziemnym – z góry – mając doskonale rozciągnięte ciało. Nie jest dla nich problemem nawet zawieszenie nogi powyżej głowy. Można powiedzieć, że każdy potrafi kopać przez siatkę, pewnie, ale grać dobrze, potrafić skończyć atak, mieć repertuar zagrań – to potrafią najlepsi. Akcje blokowania nogą piłek kopanych z prędkością powyżej 100 km/h są po prostu spektakularne.

 

Nie znając dyscypliny, namówiony przez znajomych pojechałby Pan to obejrzeć?
Michał Sieczko: Jestem skłonny zgodzić się, gdy ktoś mówi, że siatkonoga jest nudna, bo jest techniczna. Ale zawsze porównam ją do tenisa stołowego, który przegrywa medialnie z ziemnym, ale dla kogoś, kto to poczuje, staje się niewiarygodnie ciekawy. Trudno promować siatkonogę o tyle, że w przypadku innych sportów, jakimi się zajmowałem, przeważało świeże powietrze, plaża, piękne kobiety i muzyczka, która inaczej brzmi latem i w słońcu niż w styczniu w hali sportowej. Ale na pewno rozważyłbym przyjazd, a przede wszystkim spróbował w to zagrać. To jest naprawdę świetna rozrywka. Na finałach będzie pełna hala.

 

Baner
Z tej samej kategorii