Zostać siatkarzem. Gwiazdy szkicują charakterystykę mistrza

Andrzej Wrona
 fot. Robert Hajduk  /  źródło: 058sport.pl

Żeby zostać klasowym siatkarzem, trzeba nie tylko talentu i ciężkiej pracy. Istotne są także wybory. Jak jeść? Jaki klub reprezentować? Czy zostać w kraju, a może wyjechać za granicę? O tym, jakie były ich ścieżki, opowiadają "Polsce na medal" Andrzej Wrona, Jakub Popiwczak, Małgorzata Glinka-Mogentale i Wojciech Włodarczyk.

Na początek ogólnorozwojówka – mówi Jakub Popiwczak, libero Jastrzębskiego Węgla

Siatkówka jako sport, w którym warunki fizyczne odgrywają ogromna rolę, na pewno promuje do uprawiania go osoby wysokie, wyskakane i dobrze rozwinięte ruchowo. Takim zawsze jest o wiele łatwiej, bo często z urzędu są uważani za mających predyspozycje na „solidnych graczy”. Mimo wszystko wiele braków da się zrównoważyć cechami charakteru. Pod siatką liczy się pracowitość, waleczność, zawziętość, ogromna ambicja i wiara we własne umiejętności. Niżsi nie są wcale skreśleni. Mogą – jak ja – grać jako libero.

 

Jeśli chodzi o trening najmłodszych, uważam, że trzeba stawiać na tzw. „ogólnorozwojówkę” – nauczyć się zrobić przewrót w przód czy przysiad we właściwy sposób. Kolejną sprawą jest ukształtowanie techniczne. Pewne ruchy, który uczymy się jako dzieci, zostają z nami na całe życie, więc jest bardzo ważne, by zwrócić uwagę na podstawy. System gry, taktyka i ustawienia wchodzą w szkoleniu trochę później – w wieku juniora. Na tym etapie zawodnicy powinni być już w miarę ukształtowani w sferze technicznej; zaczynają kłaść większy nacisk na detale. W seniorskiej siatkówce kluczowe znaczenie zaczyna odgrywać przygotowanie fizyczne. Bardzo często umiejętności stricte siatkarskie po obu stronach siatki są na porównywalnym poziomie. Wygra ten, kto przez dłuższy czas wytrzyma grę na ogromnej intensywności.

 

Pozycję na boisku wybrałem przypadkiem – wspomina Andrzej Wrona, mistrz świata, środkowy ONICO AZS Politechniki Warszawskiej

Dwa tygodnie przed finałem mistrzostw Polski kadetów dwójka środkowych naszej drużyny skręciła kostki i trzeba było szukać zastępstwa. Byłem rezerwowym przyjmującym, więc trener zaproponował żebym zastąpił kolegów. Zdobyliśmy złoty medal, rozegrałem niezły turniej, więc padł pomysł żebym został już na tej pozycji i tak wyszło, że zostałem środkowym. Konkurencja na tej pozycji? Największa niewątpliwie jest w kadrze. W Pluslidze polscy środkowi są w cenie, bo najlepsze kluby obcokrajowców kontraktują chętniej na inne pozycje.

 

Dobrze, że wyjechałam za granicę młodo. Zebrałam doświadczenie – uważa Małgorzata Glinka-Mogentale, dwukrotna mistrzyni Europy

Kiedy najlepiej wyjechać do zagranicznej ligi? Ja miałam 20 lat i myślę, że to jest optymalny wiek. Jeżeli ktoś ma talent, sprawdził się już wcześniej w ligowych rozgrywkach, to trzeba wykorzystywać szansę i sprawdzić się za granicą. Nie chodzi o to, że w Polsce jest gorzej, ale trzeba poznać trochę świata, zyskać obycie. Pamiętam, kiedy podpisywałam pierwszy zagraniczny kontrakt prezes zapytał mnie: „Chcesz być Maggie czy Glinka?”. Odpowiedziałam, że chcę być Glinka i zapracować na swoje nazwisko. Wtedy umowę podpisałam za mniejsze pieniądze niż w Polsce, ale nie to się dla mnie liczyło. Występy w lidze włoskiej od zawsze były moim marzeniem. Decyzję o wyjeździe podjęłam sama. Nie rozmawiałam o tym ani z rodzicami, ani z chłopakiem. Pamiętam, jak na lotnisku zatroskana mama mówiła: „Dziecko, dokąd ty jedziesz?”. Uspokajałam ją, że przecież zawsze mogę wrócić, jak będzie źle.

 

Od samego początku było mi trudno, ale musiałam to przezwyciężyć. Właśnie tam zyskałam ogranie na arenie międzynarodowej, więc kiedy później wracałam na zgrupowanie kadry, to w ważnych meczach nie paraliżował mnie stres. Ta kilkumiesięczna praca w zagranicznym klubie owocowała w reprezentacji. Później urodziła się moja córeczka Michelle, a ja choć miałam wtedy propozycję z Sopotu, wybrałam kierunek turecki. Przekonała mnie współpraca z Giovannim Guidettim, więc spakowałam wszystko i z rocznym dzieckiem ruszyłam do Stambułu. Miałam chyba 120 kg nadbagażu, zabrałam ze sobą wszystko – ręczniki, pościel i wszystko, co potrzebne do życia. Jechałam w nieznane, choć wiedziałam że dobrze tam o mnie zadbają. Na zakończenie kariery wróciłam do Polski, do Chemika Police. Dziś już nie ma takiej różnicy w organizacji klubów polskich i zagranicznych.

 

Dobre jedzenie to dobra gra – przetestował Wojciech Włodarczyk, przyjmujący Indykpolu AZS Olsztyn

Dzisiaj sporo się mówi o zdrowym odżywianiu, ale kiedyś w moim przypadku było zupełnie inaczej. Siedem lat temu podczas mojego pierwszego sezonu w Olsztynie mieszkałem w akademiku. Żeby dojechać na trening w siłowni po drugiej stronie miasta, spędzałem 45 minut w autobusie. Po drodze zjadałem słodkiego rogalika i popijałem jogurtem. Po takim śniadaniu trudno było o energię na treningu. Ostatnio oglądałem swoje mecze sprzed dwóch lat i choć wówczas nie miałem tej świadomości, to miałem brzuszek! Mama zawsze powtarzała, że jestem „chudokościsty”, a jednak wtedy ważyłem te 94 kg. Dzisiaj ważę 87 kg i jakbym miał porównać dzisiejszego Wojtka Włodarczyka do tego sprzed dwóch lat, to różnica w szybkości i dynamice jest ogromna.

 

Kontuzja? Nie wystarczy powiedzieć "weź się w garść" - pisała dla nas psycholog sportu Daria Abramowicz
To zakręt w karierze, którego nie widzimy w pełni obserwując sport na ekranach telewizorów lub czytając o nim w sieci. Pod urazem kryje się wiele konsekwencji i trudności, z którymi zawodnicy często sobie nie radzą. Właśnie dlatego pomoc osobom kontuzjowanym w powrocie do sportu jest jednym z najważniejszych obszarów wsparcia ze strony psychologów sportu. W pracy ze sportowcem uczymy go skutecznie radzić sobie ze stresem i napięciem, wskazujemy na to, co może robić i jaką alternatywną aktywność podejmować w czasie leczenia urazu. Pokazujemy, w jaki sposób nie tracić motywacji do leczenia. Często pracujemy także z rodzicami i trenerami po to, aby stworzyć jak najlepszy system wsparcia dla zawodnika. Co ważne, praca nad powrotem do sportu paradoksalnie nie kończy się w momencie wejścia na kort czy stadion. Bardzo często to właśnie pierwsze momenty po powrocie są najtrudniejsze. Niezależnie od tego, z jakimi trudnościami boryka się sportowiec w trakcie leczenia kontuzji, nie wolno tego bagatelizować. Nie wystarczy powiedzieć „weź się w garść”.

 

>> Przeczytaj cały tekst Darii Abramowicz o kontuzjach, a także inne treści z serii "Czwartek z psychologiem"

 

Andrzej Wrona wie, jak zadbać o marketing. A przy transferach to nawet ważniejsze niż sport

Dzisiaj wartość marketingowa zawodnika jest równie istotna jak ta sportowa. Co więcej – wiele transferów robionych jest właśnie ze względu na to pierwsze. Kluby kupują gwiazdy, które choć najlepsze lata mają już za sobą, wizerunkowo mogą ogromnie wpłynąć na jego zarobki. Sport nie zawsze musi być głównym czynnikiem. Wiele klubów od razu przelicza ile zarobi chociażby na sprzedaży gadżetów związanych z danym zawodnikiem. Zresztą dzisiaj nie tylko sportowymi osiągnięciami można zapewnić sobie przyszłość po zakończeniu kariery. Ja na swój wizerunek pracuję zarówno w hali, jak i poza nią. To też w jakiś sposób pomaga przy podpisywaniu kontraktów z klubami. Miałem tego świadomość przychodząc do AZS Politechniki. Nie chodziło o to, że jako środkowy będę decydował w pojedynkę o wyniku meczu, ale że w jakiś sposób moja osoba przyciągnie nowych kibiców.

Więcej na temat:Polska na medal, siatkówka
SK
Z tej samej kategorii