Nie było stypendium, więc pracowała w pierogarni. Aleksandra Gaworska – medalistka znikąd

Aleksandra Gaworska
 fot. Tytus Żmijewski  /  źródło: PAP

Aleksandra Gaworska to obok Malwiny Kopron i Michała Rozmysa największe odkrycie sezonu polskiej lekkoatletyki. 22-letnia sprinterka jeszcze rok temu była kompletnie anonimowa. W rok dobiegła do medalu mistrzostw świata w Londynie jako joker w finale sztafety 4x400 metrów. Mało brakowało, a zamiast do Londynu, w trakcie MŚ jechałaby na kolejną kelnerską zmianę do pierogarni.

Ma 22 lata, szybkie nogi, wydolne płuca i głowę mniej wzrostu od koleżanek, z którymi w mistrzostwach świata w Londynie zdobyła brązowy medal w sztafecie 4x400 metrów. W niewielkim ciele Aleksandry Gaworskiej kryje się za to ogromne serce do pracy.

 

Trener: Żadnych płotków. Jest potrzebna
– Ja? Biegnę w finale? Bałam się, ale pomyślałam sobie, że dobra, skoro mam biegać, to trzeba dać z siebie wszystko. Bardzo się cieszę, że trener dał mi taką szansę. Zaryzykował, ale chyba się odpłaciłam. Bo się odpłaciłam? Nie wiem, nic nie pamiętam – mówiła Gaworska w Londynie już po wybuchu szczęścia, po rundzie z flagami, wywiadzie dla telewizji i kilku głębokich wdechach. Stała przed dziennikarzami zupełnie nieprzyzwyczajona do tego, jak powinna się zachowywać. Iga Baumgart czuła się w wywiadach jak ryba w wodzie. Justyna Święty – druga zmienniczka Aleksandra Matusińskiego na finał – też od dawna obyta w takich sytuacjach. Trochę mniej śmiała była Małgorzata Hołub. Ale Gaworska? Przyglądała się z boku i uczyła od starszych, jak sprzedaje się emocje.

 

Matusiński sam z siebie przyznaje, że jeszcze kilka miesięcy temu Gaworska była kompletnie anonimowa dla środowiska. – I jak to wszystko poszło? Zakwalifikowała się pierwszy raz na mistrzostwa świata. Wcześniej też nie miała wielkich osiągnięć, aż do lipca, gdzie zdobyła ze sztafetą złoto w ME poniżej 23 lat w Bydgoszczy. Wcześniej nic, tylko medale mistrzostw Polski. Jej życie wywróciło się w tym roku do góry nogami – emocjonował się tamtego dnia trener. Gaworska odpływała: – Wcześniej nie miałam żadnych sukcesów, a ten przyszedł na mnie z nieba. Ja postawiłam tego lata wszystko na jedną kartę, chciałam zainwestować w ten sezon, w siebie, i zobaczyć, co się stanie.

 

Już w Bydgoszczy wydawało się, że na płaskim dystansie czuje się najlepiej, ale tam – jak zresztą na co dzień od trzech sezonów – biegała przede wszystkim 400 m przez płotki. W MME była „dopiero” czwarta. Teraz w Tajpej, gdzie trwa Uniwersjada, znów wystartuje w tej konkurencji. – Ona całe MŚ myślała, że jest w Londynie na wyciecze. Na eliminacje nie zabrała nawet numeru, bo nie wierzyła, że na nią postawię. A postawiłem. Trener Andrzej Giza sugerował mi nawet, żeby przed wylotem do Azji poćwiczyła trochę na płotkach, ale nie było o tym mowy. Potrzebowałem jej i cały czas mówiłem, że jest częścią zespołu. Wygrała swoją szansę najlepiej, jak tylko można – chwali Matusiński. Nic nie dostała za darmo. W decydującym sprawdzianie w Londynie pobiła życiówkę na 250 metrów. Była wystarczająco szybka, by jej zaufać.

 

Pierogarnia albo lekkoatletyka
Dla Bełchatowskiego Klubu Lekkoatletycznego to największy sukces swojego wychowanka w historii. Nikt nie przypuszczał, że jego autorem będzie akurat Aleksandra Gaworska – raczej przeciętna w wieku juniora. Stawiała sobie spokojnie swoje kroczki. Inni, ci lepsi od niej, rezygnowali, a ona dotuptała na sam szczyt.

 

– W żaden sposób nie czuję się ojcem jej sukcesu, ale to wspaniałe widzieć ją na takim poziomie. To sygnał dla naszych młodych wychowanków, że można z BKL wyjść po sukcesy – mówił dla „Dziennika Łódzkiego” Dariusz Rybarczyk, pierwszy trener Gaworskiej. Sama zawodniczka też przyznaje, że więcej zawdzięcza Gizie, do którego trafiła dopiero na studiach w Krakowie. W Małopolsce medalistka uczy się na AWF kultury fizycznej osób starszych. – Bardzo późno zaczęłam trenować, bo w drugiej klasie gimnazjum. A w międzyczasie nawet zdążyłam już przerwać „karierę”! – uśmiechała się. – Jak zdecydowałam się wrócić na bieżnię, trener Giza mnie bardzo zmobilizował. Powiedziałam sobie, że OK, jeszcze spróbuję, tylko że do tego roku nie miałam nawet stypendium na uczelni, więc musiałam pracować. Najpierw był klub studencki i ja jako kelnerka, a potem pierogarnia. To było tylko weekendami, ale pracowałam po 14 godzin. Po czymś takim człowiek nie myśli o trenowaniu – opowiadała.

 

Rybarczyk: – Zawsze żyła w swoim świecie, zawsze cechowała ją niesamowita determinacja i dojrzałość. Zupełnie profesjonalnie podchodzi do tego co robi i to procentuje.

 

Matusiński: – Dla młodych–zdolnych teraz zacznie się najtrudniejszy etap – trenować mądrze, żeby nigdzie się nie zgubić, i nie zachłysnąć się tym, co już osiągnięte. Bo można osiągnąć więcej.

 

Baner

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Dinozaur.l.aUżytkownik anonimowy
~Dinozaur.l.a :
No photo~Dinozaur.l.aUżytkownik anonimowy
Wyimki życiorysu A.Gaworskiej są jednoznaczne.Sukcesy w polskim sporcie osiągają jednostki z małych miejscowości lub wsi przyzwyczajone do pracy,bez luksusu w domu rodzinnym.Tam trzeba szukać następców wielkich mistrzyń i mistrzów,inwestować w małe kluby.Propagować l.a w szkołach,jak dawniej w ramach czwórboju lekkoatletycznego,robić wszystko aby l.a nie była sportem niszowym.
20 sie 17:48 | ocena:100%
Liczba głosów:6
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii