Wszystkie dzieci Małysza

Pierwszy trening kadry skoczków narciarskich
 fot. Tomasz Markowski  /  źródło: newspix.pl

Mimo upływu lat, fenomen małyszomanii trwa. Siłę polskiej kadry stanowią dziś ci, którzy przyszli na skocznię, by naśladować Orła z Wisły.

Pięciu z ośmiu członków kadry A na sezon 2016/17 sport pokochało dzięki sukcesom Adama Małysza. W ten sam sposób do skoków trafili wszyscy, którzy w najbliższej zimie potrenują w kadrze B. Medaliści mistrzostw świata juniorów i fundamenty brązowych drużyn z 2013 i 2015 roku to „efekty” fenomenu, na którego fali podniesiono z ruin polskie narciarstwo.


Czterech i koniec

– Kiedy w 1999 roku obejmowałem kadrę, do dyspozycji było czterech seniorów: doświadczony Wojciech Skupień, niewykorzystany potencjał Robert Mateja, Łukasz Kruczek i najmłodszy Adam Małysz. To wszystko. Nie było jak rotować składem, wyzwolić w zawodnikach wewnętrznej rywalizacji. Juniorzy? Ktoś próbował, przebijał się, ale więcej było przypadku niż zaplanowanego szkolenia – wspomina były trener reprezentacji Apoloniusz Tajner. Prezes PZN podkreśla, że nasze skoki nie zapadły się wtedy wyłącznie dzięki garstce pasjonatów. To oni z trudem łączyli etaty z charytatywną zwykle funkcją trenera. Tak ostało się parę klubików w Tatrach, kilka w Beskidach.

Tajner: Sztuką było namówić kogoś na trenowanie kadry. Przede mną podjął się Pavel Mikeska, ale chyba tylko dlatego, że miał coś odłożone. Bieda była taka, że na pierwszy wyjazd Małysza robiło się zrzutkę między działaczami. Każdy dał 100 marek i zaczęła się historia, która w 15 lat zmieniła wszystko.


Przemyślany system

O tym, jak wielkie rozmiary w półtorej dekady osiągnęła małyszomania, świadczą dane GUS. Statystyki mówią co prawda o narciarstwie klasycznym jako całości, ale pięciokrotny wzrost liczby zarejestrowanych sportowców między 1999 a 2012 rokiem to głównie skoczkowie. Jak wspomina trener Jan Szturc, zachęceni sukcesami Orła z Wisły rodzice masowo zapisywali dzieci na zajęcia. Bywało, że treningi trzeba było prowadzić na trzy tury.

 

Powstanie narodowego programu rozwoju skoków było kwestią czasu. Zapoczątkowany w 2004 roku cykl Lotos Cup już w pierwszej edycji zgromadził 120 juniorów z 11 klubów. Najlepsi zaczęli otrzymywać stypendia, a do klubowych magazynów trafił nowy sprzęt. Jak podaje organizator, przez osiem lat przekazano łącznie 35 kompletów nart, 211 kombinezonów, 100 kasków i 210 par butów. Nic dziwnego, że nawet w podwórkowych zawodach dzieci wyglądają, jakby właśnie walczyły o Puchar Świata.


Pokolenie małyszomanii

Wicemistrz świata juniorów Aleksander Zniszczoł przyznał w „Gazecie Codziennej”, że okres małyszomanii pamięta doskonale. – Transmisje konkursów z udziałem Adama oglądaliśmy całą rodziną. Zawsze śledziliśmy jego wyniki i to mnie zafascynowało – opowiadał wiślanin, którego na skocznię przyprowadził ojciec. Dodatkową mobilizacją było to, że trafił do tego samego klubu co idol. Zniszczoł po kilku sezonach brylował już w „lotosach”, a w 2012 roku zawojował PŚ w Zakopanem.

 

Ale to nie on jako pierwszy wybił się dzięki programowi. Po trzech sezonach istnienia „Szukamy Następców Mistrza” na PŚ w Lahti pojechał w 2007 roku Maciej Kot. Został zauważony tak jak w kolejnych latach inni brązowi medaliści MŚ: Klemens Murańka, Dawid Kubacki, a także Krzysztof Biegun czy – całkiem niedawno – Andrzej Stękała. Ich historie są zresztą podobne. Bo to, że Orzeł z Wisły ma tylko córkę, jest nieprawdą. Małysz przez dekadę wychował całe pokolenie.

 

 

LICZBY

1175 narciarzy klasycznych było w Polsce w 1999 roku. Przez dekadę ich liczba wzrosła aż pięciokrotnie.
70 dzieci w 2002 roku trenowało naraz na skoczniach w Wiśle-Centrum.

 

 

ZDANIEM EKSPERTA

Jan Szturc: Cieszmy się, ale nie zaniedbajmy

Tego, ile dała polskiemu narciarstwu małyszomania, nie sposób opisać. Nie będzie przesadą powiedzenie, że Adam jest ojcem współczesnych skoków narciarskich w Polsce. Całych. Bo to nie tylko wspomnienia treningów, na których dzieci było tak dużo, że między skokami wymieniały się ze sobą butami. Drugą sprawą jest zbudowanie systemu szkolenia, zainteresowanie sponsorów, modernizacja najważniejszych krajowych obiektów. Ale dziś musimy być uważni, by tego wielkiego potencjału nie zaprzepaścić. Klubom nadal brakuje środków na sprzęt, a co gorsza – nie mamy gdzie szkolić adeptów. Żeby dzieci wciąż chciały trenować, powinniśmy zbudować jak najwięcej skoczni do stawiania pierwszych kroków. Nowa Wielka Krokiew nam tego nie zapewni.

Z tej samej kategorii