Kadziewicz: Też nie jestem kryształowy

29 sty, 13:15

– Dorastałem w latach 90. w miasteczku, gdzie pracę dawał PGR zamknięty z dnia na dzień. Widywałem, jak moi koledzy nie potrafili się z tego wygrzebać. Czy ja się psułem? Tak, psułem. Ale może dlatego jestem odpowiednim człowiekiem, by opowiedzieć innym, że nieważne ile razy wyrżnąłem ryjem o krawężnik, potrafiłem stanąć na nogi i iść dalej – mówi Łukasz Kadziewicz.

fot. Piotr Kucza / źródło: FOTOPYK

Michał Chmielewski: W gazecie sportowej raczej rzadko pisze się o trudnej młodzieży. A jeśli już, to o takiej, która później odniosła sukces i powstaje z tego piękna historia o zwyciężaniu.

Łukasz Kadziewicz: Każdy z nas postrzega ten problem bardzo powierzchownie. Świetnie czyta się opowieści o narkomanach albo złodziejach zagubionych na początku drogi, którzy nawracają się, prostują życie i zostają mistrzami olimpijskimi. Uważam, że ten projekt – także przez to, że opisany przez gazetę sportową – jest pierwszym krokiem świadczącym o tym, że nie tylko mówimy, ale chcemy działać. Coś dla nich zrobić, pokazać na własnym przykładzie, że niezależnie od tego, jak uprawiany, sport jest fantastyczną przygodą i sposobem na siebie. Wielkie brawa dla Artura Siódmiaka i Stowarzyszenia Akademia Sportu, że mieli odwagę się tego podjąć. Dla mnie będzie to ogromna przygoda, której nie mogę się doczekać.

Ile miejsc odwiedzicie?

Łukasz Kadziewicz: Osiem. Zaczniemy 11 grudnia w Malborku, a skończymy 22 grudnia w Rewalu. Szykuje się nam bardzo interesująca mapa podróży.

Czego się pan spodziewa? Jakich reakcji, odbioru waszych słów? Mogą przecież was w ogóle nie chcieć słuchać.

Łukasz Kadziewicz: Na szczęście jestem wyższy i silniejszy! A mówiąc poważnie, nie boję się tego doświadczenia, bo kocham pracę z młodzieżą i nie będzie to mój debiut w takich kontaktach. Dzieci są zawsze dziećmi i ja jestem na pewno ostatnią osobą, która mogłaby je oceniać za życiowe decyzje, bo sam nie jestem kryształowy. Ja im chcę po prostu pokazać, że czasami nie trzeba pochodzić z zamożnej rodziny, mieć idealnie poukładanych wszystkich klocków, by móc wybić się ponad przeciętność. W życiu warto dawać kolejne szanse. Sam otrzymałem kilka, za które bardzo dziękuję. Oni też zasługują.

W pana przypadku – jak przeczytałem w książce – było jednak trochę inaczej. Już będąc wysoko, zdarzały się panu wybryki.

Łukasz Kadziewicz: Ale dorastałem w latach 90. w miasteczku, gdzie pracę dawał PGR zamknięty z dnia na dzień. Widywałem, jak moi koledzy nie potrafili się z tego wygrzebać. Czy ja się psułem? Tak, psułem. Ale może dlatego jestem odpowiednim człowiekiem, by opowiedzieć innym, że nieważne ile razy wyrżnąłem ryjem o krawężnik, potrafiłem stanąć na nogi i iść dalej. Moje życie to niezliczona liczba zakrętów, z których wypadałem, ale miałem wystarczająco wiele szczęścia i uporu, by wrócić na drogę. Będę chciał opowiedzieć tym dzieciakom o zaufanych ludziach. Tych, którzy zostają z tobą, kiedy nie ma już czego zbierać. To mocny temat, który trudno byłoby podjąć wyłącznie teoretyzując. Jesteśmy bardziej wiarygodni, jeśli wiadomo, że sami musieliśmy czegoś doświadczyć. Prywatnie mogę być wdzięczny wszystkim, którzy wyciągali do mnie rękę w trudnych momentach – a było ich wiele – i teraz chcę uświadamiać innych, że niezależnie od wieku zawsze jesteśmy w stanie wziąć się w garść. Nawet będąc na szczycie czasami warto zrobić dwa kroki wstecz, ale tylko po to, by wziąć rozpęd do dużego skoku naprzód.

W jaki sposób sport wyciąga ludzi na powierzchnię?

Łukasz Kadziewicz: Uczy pokory wobec zasad i ludzi. Udowadnia, że jeżeli raz na czymś oszukasz, to raz, drugi i trzeci się uda, ale za czwartym dostaniesz po głowie i to najczęściej w dniu, w którym akurat powinieneś pokazać całą swoją siłę. Pokazuje, że warto funkcjonować w grupie, ufać ludziom, którzy tak jak ty chcą być coraz lepsi. Sport to same pozytywne wartości, właściwie nie do zmierzenia. Nie ma szans, żeby zrozumieć je bez pójścia na salę, bieżnię czy gdziekolwiek indziej i wyjścia z niej mokrym od wysiłku. Możemy z Arturem o nich opowiadać, bo to robiliśmy. Ale nie będziemy na spotkaniach mówić o medalach i zwycięstwach, bo to jest jedynie efekt całej roboty. Nam chodzi o samą chęć do pracy. O prośbę o walkę ze swoimi demonami.