Krzyżaczki. Sportowe kobiety Malborka

W mieście, którego zdjęcia są w każdym szkolnym podręczniku, prędzej wspomina się Izabelę Bełcik niż Grzegorza Latę. Chociaż męski sport w Malborku rozwija się nieźle, za walkę o prawdziwą sławę zabrały się ostatnio kobiety.

W piątej lidze taki stadion to niemal Santiago Bernabeu. Zadaszona trybuna pachnie nowością, a szatnie poniżej są takie, że pewnie nie chce się iść do domu. Jest oświetlenie, tartanowa bieżnia, a obok głównej murawy druga, żeby pierwszej nie zniszczyć treningami. Lokalna „Pomezania” jest najpopularniejsza, tylko że to tylko piąta liga. I pomyśleć, że jeszcze niedawno – zanim na kolejne zgrupowanie wyjechała triathlonistka Małgorzata Szczerbińska – była tu Ekstraklasa. Bo ekstraklasa w Malborku jest kobietą.

 

Nie szkodzi, że było za późno

Andrzej Lewandowski w sytuację wprowadza nas jeszcze w drodze na stadion. - Piłka jak to piłka, zawsze będzie popularna, bo jest jak serial z kolejnymi odcinkami co tydzień. To są stałe emocje, a klub chyba jakoś sobie radzi. Oprócz tego w mieście są dwa zespoły siatkówki, pierwszoligowy szczypiorniak, pływanie, triathlon, lekkoatletyka, karate, podnoszenie ciężarów, hokej na lodzie, kajakarstwo i smocze łodzie – wylicza. Jako miejski inspektor ds. sportu, a prywatnie prezes, trener i wszystko inne w najstarszym w mieście „Nogacie” przyznaje jednak, że panowie od jakiegoś czasu są tutaj w cieniu. Pierwszy z przykładów – Marta Krawczyńska – przybiega na stadion prosto z treningu.

 

- Przed sezonem powinnam już schodzić z obciążeń, ale tej zimy wszystko mi się opóźniło. Podczas półmaratonu w Krakowie doznałam kontuzji. Była bolesna, bo przyszła przy formie, jakiej nie miałam chyba nigdy. Bardzo chciałam pobić tam życiówkę. Był moment, że dwukilometrowe odcinki tempowe biegałam pięć razy po 6:40 – opowiada nietypowa wychowanka „Lidera”. Nietypowa, bo do lekkoatletyki za namową trenera Łukasza Godlewskiego na poważnie trafiła dopiero pod koniec liceum, czyli dokładnie w momencie, gdzie większość juniorów ze sportu... rezygnuje. Na gdańskiej AWF, gdzie chciała się wówczas dostać i gdzie teraz kończy doktorat, zaległości nadrabiała w ekspresowym tempie. Słuchając, że „na karierę to już za późno” tak nadrobiła, że gdyby nie zmęczenie na ostatnim kilometrze w Poznaniu, rok temu wiosną pokonałaby na 21 km wszystkie Afrykanki. - Podobno na mecie spiker już wszystko zapowiedział, a ja „bez nóg” tylko przyglądałam się, jak mnie mijają. Skończyłam z 1:14:46. Nieźle, ale ten czas był w Krakowie do poprawki.

 

Marta Krawczyńska zazwyczaj trenuje sama

Fot.: Michał Chmielewski

 

Do pracy na swoje „nieźle” motywowali ją różni trenerzy. Raz zmianę wymusiła przeprowadzka, innym razem ambicja i poczucie, że z dotychczasowym ścieżki powoli się rozchodzą. A Krawczyńska – przekonywał przed spotkaniem Lewandowski – o swoje to zadbać potrafi. Bo jest zawzięta. Po dwóch latach treningów (rywalki miały już po 6-8) wdrapała się w biegu z przeszkodami na pierwsze podium młodzieżowych mistrzostw Polski. Później zdobyła medal w stadionowym biegu na 10 kilometrów i jeszcze na mistrzostwach w biegach przełajowych. W nagrodę za zaangażowanie dostała się do reprezentacji na drużynowe Mistrzostwa Europy w Albufeirze. O tym, że to kariera na wariackich papierach, świadczy jeszcze inny fakt: mimo treningów ściśle podporządkowanych długim dystansom i zwrotu w stronę przynoszących zyski startów ulicznych Krawczyńska jeszcze trzy lata temu potrafiła przebiec 800 metrów w 2:08. - Przed startem nie chcieli mnie w ogóle dopuścić, a ja się w myślach wkurzałam: „uważacie, że ja nie dam rady?”.

 

Dziesięć po piątej

Malbork polubił podważać listę wyzwań, których nie da rady. Wprawdzie nigdy nie uda się chyba pozbyć z pobliża zamku peerelowskich bloków ani odbudować miejskiej starówki, ale gdy Alicji Krauze powiedzieli w WOPR, że od dzisiaj musi trenować dwa razy dziennie, zamiast do szkoły na ósmą, zaczęła wstawać dziesięć minut po piątej. Temu, co dzieje się na pływalni, poświęciła całe życie i jeszcze trochę, bo rok temu powołanie do kadry narodowej przyszło... z dwóch różnych dyscyplin. Wszyscy już wiedzą, że ma talent, o który wkrótce będą walczyć ze sobą najlepsze szkoły.

 

- Jako młodziczka zdobyła medal mistrzostw Polski w dwuboju, czyli miksie pływania i biegu. W trójboju – ze strzelaniem, którego uczymy laserowo wobec braku strzelnicy – też by sobie dała radę, a po naukę jazdy konnej i szermierki mogłaby pojechać do jednej z trzech szkół. Ale gdy przyszły powołania, usiadłyśmy i porozmawiałyśmy. Tak Ala została pływaczką – wspomina trenerka miejskiego WOPR Iwona Ciecholewska, do którego zawodniczka przeszła z konkurencyjnego „Delfina”. Oba kluby trenują w jednej wodzie, czasami nawet w jednych godzinach i tor obok toru. Tutaj też sporo mówi się o Szczerbińskiej. - Triathloniści, podobnie jak pięcioboiści, często wychodzą z pływania. Rzadko się zdarza, że wszystkie trzy dyscypliny zaczyna się jednocześnie – uważa Ciecholewska.

 

Alicja Krauze i Paulina Cierpiałowska, dwa największe talenty pływackie z Malborka

Fot.: Michał Chmielewski

 

Krauze, podobnie jak najgłośniejsze obecnie sportowe nazwisko w regionie, też lubi długie dystanse i nie jest powiedziane, że za jakiś czas zostanie w zamkniętej pływalni, skoro do programu igrzysk MKOl włączył maraton w akwenie otwartym. Już teraz szesnastoletnia pływaczka – srebrna medalistka mistrzostw Polski juniorów z zeszłej zimy – w bezpośrednim przygotowaniu startowym pływa nawet 17 kilometrów dziennie. - Wstaję na trening na 6, który trwa dwie godziny. Jadę do szkoły, gdzie jestem do 14-15. Czasami jeszcze zdążę do babci na obiad, a jeśli nie, to jem wcześniej przygotowany przez mamę. Potem znów trening i w domu jestem o 18. Jem, uczę się do egzaminów gimnazjalnych, maksymalnie o 21 leżę w łóżku. I tak prawie codziennie – opisuje Krauze. - Nie do uwierzenia, ale ani Ala, ani nikt w grupie, nie ma najmniejszych problemów w szkole – mówi trenerka, ale równocześnie dodaje, że taki tryb życia odbija się na relacjach towarzyskich. O ile 12-letniej Paulinie Cierpiałowskiej, w której Ciecholewska upatruje co najmniej tak samo dużego talentu jak Krauze, na czas wolny pozwala jeszcze młody sportowo wiek, jej starsza koleżanka znajomych ma już przede wszystkim na basenie.

 

Sport to ciągłe wybory i kontakt z tymi ze szkoły, jeśli wyjedzie do SMS w Oświęcimiu, niestety jest skazany na podupadanie. Krauze kwituje to tak: - Do minimum na czerwcowe mistrzostwa Europy brakuje mi na 800 metrów jeszcze ok. 20-25 sekund. Dobrze byłoby tam pojechać.

 

Małgorzata Szczerbińska walczy o kwalifikację na igrzyska w Tokio

Fot.: materiał prasowy

 

Od zera do bohatera

- Mają fajne trenerki i fajne podejścia, więc pewnie Ali się uda. Malborskie kobiety wszystko sobie potrafią wywalczyć. To tytanki pracy – podkreśla z dumą Lewandowski podczas turystycznej przejażdżki przez miasto. Hala siatkarek „Orła” jest po drugiej stronie od zamku i rzeki. Po jednej na stadionie i kilku w pływalni, w niej „tytanek” będzie kilkanaście plus dwóch, bo wszystko trzymają w rękach trener Paweł Tercjak i Szymon Żołędziewski. „Dobrze zbudowany wesołek", jak mamy go rozpoznać z opisu, dał malborskiej siatkówce zapał i charyzmę, która okazała się fundamentem budowy potęgi klubu.

 

- Jeszcze piętnaście lat temu o żeńskiej siatkówce nie było w zasadzie co opowiadać, bo jeśli cokolwiek się w tej sprawie działo, to chałupniczo i z doskoku. Zaprzyjaźniony „Jurand” stawiał na sekcję męską, mimo że zanim ograniczył działalność, rękami Adama Zborowskiego zdążył wychować słynną Izabelę Bełcik. W założonym w 2000 roku „Orle” nie było jak wychowywać następnych, więc wobec braku infrastruktury liczył się tu przede wszystkim triathlon. Stąd do wielkiego świata wyszła Szczerbińska – mówi rozkojarzony między jednym a drugim telefonem Żołędziewski. - Bełcik trenowała trochę dalej, w „ósemce”, ale hala w szkole ma taki parkiet, że linie boiska narysowane są równo ze ścianą. Nowa hala dała tym klubom szansę – uzupełnia Lewandowski. Po chwili zamyślony dopowiada, że jak ktoś chce zostać mistrzem, to i tak nim będzie.

 

Żołędziewski miał odebrać córkę o 18:15. Kończymy rozmowę spóźnieni, chwilę później prezes schodzi jeszcze do zawodniczek. - Marta Matejko jest kontuzjowana, a to jedna z naszych perełek. Wie pan... ja uwielbiam z nimi pracować. Może i to wymaga poświęcenia, ale jest bardzo wdzięczne – żegna się w drzwiach.

 

Drużyna Atomu Trefla Malbork rywalizuje z najsilniejszymi klubami w Polsce

Fot.: Facebook / materiały klubowe

 

Historię rozwoju klubu prezes porównał do „Brzydkiego Kaczątka”. Jako fan piłki nożnej był traktowany z politowaniem, gdy pytając w środowisku o tajniki dyscypliny, nie ukrywał, że o siatkówce nie ma najmniejszego pojęcia. Przed zawodniczkami nikogo nie udawał, unikał mówienia i obiecywania, że jest ekspertem. - Jeździłem od trenera do trenera i ich nękałem, po czym wracałem do dziewczyn i mówiłem: robimy tak. Po dwóch tygodniach i pobycie u kolejnego szkoleniowca wszystko odwracałem do góry nogami. Pracowaliśmy na żywym organizmie i nie ukrywam, że o tysiącu małych sukcesików zdecydowały zbiegi okoliczności i ludzka życzliwość.

 

Niektóre „małe” sukcesiki: powołanie do elitarnej szkoły siatkówki w Sosnowcu sióstr Mikołajewskich i Aleksandry Elko, wypuszczenie pierwszych zawodniczek do gry w Orlen Lidze, mistrzostwo Polski gimnazjów bez nikogo na ławce rezerwowych, a później w nagrodę wyjazd do Francji i na prestiżowe turnieje do Portugalii i Chin. Ostatnim sukcesikiem jest kontrakt z Atomem Treflem Sopot. Malbork daje Sopotowi talenty, a Sopot Malborkowi miejsce w juniorskiej elicie.

 

Jeden z największych skarbów młodzieżowej siatkówki w Polsce – jak napisał o „Orle” dziennikarz Michał Kaczmarczyk – wykuł się w dziesięć lat. Cichy plan jest taki, by za kilka następnych Bełcik była w Malborku tylko jedną z wielu.

SK

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~dumna mamaUżytkownik anonimowy
~dumna mama :
No photo~dumna mamaUżytkownik anonimowy
Joanna Dądelewska też do tej grupy sie kwalifikuje jestem dumna z jej osiagniec

https://www.facebook.com
24 lut 21:54 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii