Magnezja, bicepsy i testosteron. Przenieśliby Spodek gołymi rękami

Euroarm 2017
 fot. armpower.net  /  źródło: Materiał prasowy

W sobotę w Katowicach zakończyły się 27. mistrzostwa Europy w armwrestlingu. Reprezentacja polskich siłaczy wywiozła ze Spodka worek medali, tylko szkoda, że najmniej było w nim złota. Ostatniego dnia imprezy finały ostatnich kategorii z uznaniem obserwował Robert Burneika. Kulturysta stwierdził, że mimo swojej masy z najlepszymi nie miałby szans.

Szczególnie bliżej sceny w powietrzu unosił się pył magnezji. Od zawodników bił testosetron; nabuzowani siłacze przed walkami nie widzieli nic innego prócz pięści przeciwnika. W przyklejonej do katowickiego Spodka hali ponad 900 bicepsów (a właściwie 1800, jeśli uwzględnić, że rywalizacja odbywa się na obie ręce) napinało się w walce o tytuły mistrzów Europy w armwrestlingu.

 

Szermierka na ramiona

Nawet dla oglądających po raz pierwszy ten sport jego zasady wydały się zrozumiałe. Dwoje rywali staje przy przymocowanym do ziemi stole, kładzie łokcie na blacie, przybija piątkę lewą lub prawą ręką i czeka na sygnał do startu. Zaczyna się osobliwy taniec mięśni, po którym nadgarstek jednego z zawodników niechybnie dotknie wierzchnią stroną podłoża. Wtedy jego właściciel przegrywa. Nie wolno w trakcie starcia odrywać łokcia od blatu, nosić długich paznokci (mówi o tym regulamin!) i zbyt długo „macać się” przy ustawianiu chwytu, bo po dwóch ostrzeżeniach – jak w piłce nożnej – wylatuje się walkowerem. Poza tym można wszystko, włącznie z zapieraniem się dolną kończyną o nogę stołu.

 

O zwycięstwie – tak jak w zapasach czy judo – decydują technika, taktyka, siła, szybkość i psychika, o czym świadczyć mogą motywujące pokrzykiwania przed podejściem do jednego z sześciu stołów na podeście. Jeszcze niedawno walki toczono na siedząco, ale skoro stojąc angażuje się więcej obszarów ciała, uznano, że taki format będzie bardziej efektywny. I efektowny. Pojedynki trwają od kilku sekund do kilku minut, ale przy nieustannym napięciu to przypadki skrajne i – jak żartował wiceprezydent Polskiej Federacji Armwrestlingu Mariusz Grochowski – zdarzają się tylko na amerykańskich filmach. Problem z długimi walkami jest taki, że prędzej niż bohatersko trwa w nieskończoność, mdleje się przed sędziami z niedotlenienia. W armwrestlingu wygrywają nie tyle silni, co inteligentni. Podobno widok lżejszego zawodnika bez problemu radzącego sobie z cięższym to tutaj nic nadzwyczajnego.

 

- Zawodowcy przed walką długo się obserwują. Wystarczy, że złapią przeciwnika za rękę i już wiedzą, w czym jest słaby. Masz mocny biceps, to złamią cię w nadgarstku. Masz silny nadgarstek, to rozłożą ci rękę i przegrasz przez dotknięcie palców – mówił niegdyś „Gazecie Wyborczej” Grochowski.

 

Polskie „łapy” świętują osiemnastkę

Chociaż od dekad nie istnieje możliwość, by przejść przez dzieciństwo bez prób siły przeciwko ojcu, rodzeństwu i wujkom, w Polsce armwrestling sprofesjonalizował się dopiero w 1999 roku. Wcześniej – tak jak na całym świecie – zaczynał w barach, pubach, knajpach, wrastając w tkankę społeczną jako subkultura. Największą popularność dyscyplina osiągnęła w Stanach Zjednoczonych, ale wkrótce potem rozpowszechniła się też w prawie całym bloku wschodnim, Skandynawii i Wielkiej Brytanii. Mimo że od pewnego czasu działacze światowej federacji (WAF) marzą o romansie z igrzyskami olimpijskimi, pojedynki o randze „na śmierć i życie” odbywają się na świecie non stop.

 

- Od kiedy pamiętam, siłowałem się z kolegami na podwórkach. Kto wygrywał – zyskiwał respekt. Tak się składa, że z moją masą nie przegrałem ani razu, ale walki tutaj bym się chyba nie podjął. To jest sport, ci ludzie mają pewnie takie sztuczki, że mimo moich ponad sześćdziesięciu centymetrów obwodu „w łapie” przegrałbym w parę sekund – mówił nam gość specjalny mistrzostw Robert Burneika. Gdy rozmiarem bicepsa chwalił się później na scenie, po sali przeszedł szmer. Zaraz potem zawodnicy z Turcji pobiegli pozować do zdjęć. Na oko mieli ze trzydzieści centymetrów obwodu mniej.

 

Odkąd osiemnaście lat temu trójboiście siłowemu Igorowi Mazuzence Ukraińcy zaproponowali mecz międzypaństwowy i Polska nie wygrała ani jednej walki, na terenie całego kraju powołano do życia ponad 30 klubów. Obecnie szkoli się w nich tysiąc zawodników i z każdym rokiem te liczby rosną. Biało-czerwoni najpierw dobili się do podium na kontynencie, później coraz częściej udawało się wygrywać z całym światem. Dziś medale najważniejszych imprez mają na koncie i seniorzy, i juniorzy, i niepełnosprawni, dlatego gdy tylko przechadzali się po hali katowickiego lodowiska, wzbudzali respekt. Bo znów byli u siebie. Nad Wisłą mistrzostwa Europy odbywały się wcześniej w 2004 i 2012 roku, cztery lata temu udało się nawet zorganizować mistrzostwa świata.

 

Oczko plus jeden, ale przymrużone

Przy okazji ceremonii otwarcia Euroarm 2017 wiceprezydent Katowic Bogumił Sobula uprzedzał: "Nie wszyscy wyjedziecie ze złotymi medalami”. Jako kibic mógł po cichu liczyć, że słowa te sprawdzą się w przypadku gości z zagranicy, ale mimo atutu własnych ścian niestety dotknęły biało-czerwonych.

 

Zgodnie z planem spisała się Marlena Wawrzyniak. Masterka w kat. do 70 kilogramów siłowała się najlepiej prawą i lewą ręką, do tego dołożyła jeszcze dwa srebra wśród seniorek do 65 kg, bo w obu przypadkach w finale lepsza okazywała się Gruzinka Irina Drjewa. Oprócz gorąco dopingowanej z trybun Wawrzyniak złoto dla gospodarzy wywalczył jeszcze tylko w kat. senior grand master do 75 kg Wiesław Podgórski. Liczono na więcej, lecz nie wszyscy faworyci mieli autostradę do finału. Niestety ani w lewej, ani w prawej ręce w kategorii do 60 kilogramów w strefie medalowej nie znalazł się „pewniak” do triumfów Maciej Gralak. Polacy przez pięć dni rywalizacji uzbierali łącznie 22 podia i chociaż ich suma jest wyższa niż z dwóch ostatnich ME razem wziętych, sukces – ten sportowy – jest umiarkowany. Organizacyjnie Katowice spisały się na medal.

 

SK
Z tej samej kategorii