Skoki na Podhalu. Piękna Wielka Krokiew to tylko smutny pomnik

Przez trzy dni przekonywaliśmy się, że podhalańskie skoki narciarskie kończą, a nie zaczynają się na Wielkiej Krokwi. Tylko że z miejsc, gdzie się zaczynały, zostały leśne przecinki, wspomnienia i żal.

Po zalodzonej nieodśnieżanym śniegiem drodze przejeżdżało tu co najwyżej kilka samochodów. Trasa prowadzi właściwie donikąd i używają jej przede wszystkim okoliczni mieszkańcy. Ich widok kompleksu sportowego na skraju Pańskiego Lasu nie dziwi. Dźwięk zwalniających samochodów dotyczył wyłącznie tych zarejestrowanych gdzieś indziej. Jedni zatrzymali się na zdjęcie, pozostali zwalniali na chwilę zobaczyć pięciu chłopów brodzących w śniegu na nieużywanym o tej porze roku boisku. Czyli nas, którym wcale o boisko nie chodziło.

 

Małysze na śniegówkach

- Jasny gwint, jakie to jest piękne – wykrzyczał po wyjściu z samochodu Artur, który chociaż na 25-metrowej skoczni w Skawicy już był, zimą jej jeszcze nie widział. Przyklejona do nierównego zbocza, z za dużymi drewnianymi bandami, których wytyczenie było raczej frywolną wizją artystyczną, piękną wieżą sędziowską i przesuniętym w prawo naturalnym rozbiegiem była dokładnie taka, jakiej chcieliśmy. W dodatku – mimo że za budowę konstrukcji zabrano się tutaj dobre dwanaście lat temu – zadbana i prawie gotowa do przypięcia nart.

 

Mimo założonych na rozbiegu śladów nikt w tym momencie w Skawicy nie skakał. Opowiada Mikołaj: - W 2013 roku przejeżdżałem tędy akurat w dniu zawodów. Nie mogłem zostać do końca, ale nawet serię próbną oglądał tutaj tłum. Było wspaniale, swojsko, w dodatku ze specjalnym wystąpieniem wójta, jak gdyby chodziło o Puchar Świata. A to były mistrzostwa Polski południowej, w których prawie wszyscy mieli przypięte narty zjazdowe. Są nagrania, czasami włączam je sobie w YouTube.

 

 

Ta skocznia to naprawdę jest coś. Mała, kameralna, niespełniająca ani jednej z tysięcy norm FIS, ale postawiona przez ambitnych chłopaków zakochanych w Adamie Małyszu. Takich jak tutaj inicjatyw w latach 2001-2010 było w kraju mnóstwo. Na lubelskiej kilkunastometrowej „Krokiewce” rywalizowano w amatorskich mistrzostwach Polski wschodniej, a na Rudzkiej Górze w Łodzi – Polski centralnej. O okazałym obiekcie w Czerńcu materiały robiła telewizja, a skok na 26,5 metra „Poloka” na „Sieniawskiej Planicy” bił swego czasu rekordy popularności. Równolegle do kolejki małolatów czekających w Wiśle-Centrum na szansę treningu z Janem Szturcem duch dyscypliny odradzał się na zjazdówkach i biegówkach, na górkach, łąkach i w parkach.

 

Trzydzieści dzieci to norma

- Ej, dawajcie do tej Sieniawy. Ja ten filmik pamiętam, to było obok stacji kolejowej. Trafimy tam na pewno – rzuca Paweł, kiedy przejeżdżamy pięć kilometrów obok. Tyle tylko, że po prowizorycznej skoczni z filmiku raczej niewiele zostało, podobnie jak z setek innych „śniegówek” w kraju.

 

W sobotę o skoczniach opowiada Stanisław, ojciec Roberta Matei. Żyje bez telefonu komórkowego, a konkursów w Zakopanem naoglądał się na tyle, że tego roku trybunę urządził sobie w domu w Chochołowie. Ale jak syn lata temu trenował na Wielkiej Krokwi, zazwyczaj razem z żoną obserwowali go z ukrycia w trosce, że znowu będzie chciał przesadzać z belkami. Robert nie przepadał skakać w ich obecności.

 

 

- Bez internetu, bez komputerów i tych wszystkich gier byliśmy zdrowsi i aktywniejsi. W ośmioklasowej podstawówce uczyło się ponad sto dzieci i każdy większość dnia spędzał na nartach. Budowało się skocznie ze śniegu. Wuefiści nie chcieli brać odpowiedzialności, więc na zajęciach rządziły biegówki, ale jak mały Robert na górce zrobił taką hopkę, popołudniami widziałem tam 30-40 dzieci. I tak w każdej wiosce – opowiada nam były biegacz. Kumpel Wojciecha Fortuny, sam też miał lecieć do Sapporo, ale w domu powiedzieli mu: nie po to się tyle uczyłeś, żeby teraz latać po śniegu. Więc Stanisław – zamiast biegać na Hokkaido – uczył się dalej.

 

Skocznię w Chochołowie ze względu na imponującą metalową wieżę nazywamy „Bergisel Podhala”. Miejscowi związani ze środowiskiem – szubienicą, bo jadąc z samej góry i odbijając się z progu, szło się na pewną kontuzję. Nikt normalny na płaskim nie wyląduje, zresztą z biegiem lat było coraz mniej chętnych, by w ogóle próbować. Teraz skocznia jest spalona, ale wkrótce – wbrew postępującemu od zmierzchu Polski Ludowej trendowi zamykania i zapominania – mają w okolicy powstać dwie nowe. Zabiegał o nie sam Małysz.

 

 

„Ustrój i postęp zwinęły nam te skoki”

Istnienie skoczni narciarskich w regionie determinowało po pierwsze istnienie LZS-ów, a po drugie aktywność zakopiańskich klubów, które jak teraz Barcelona i inne piłkarskie licznie otwierały sekcje zamiejscowe. Większość – niezależnie czy wojskowe, milicyjne albo inne – miały pieniądze z Warszawy i jak we wsi było z kogo wykuwać mistrzów, trener przyjeżdżał nawet trzy razy w tygodniu. Teraz bez lokalnego sponsora – który działa np. w Starem Bystrem, skąd pochodzi skacząca Magdalena Pałasz – ośrodki nie mają na wymianę igelitu, sprzętu i na treningi. To, a później sakramentalne „stary chłop jesteś, zacznij na siebie zarabiać” rocznie zabiera Polsce kilka talentów na miarę reprezentacji.

 

„Jasny gwint, jak tu jest pięknie” pada drugi raz, gdy dojeżdżamy do K-50 w Rabce Zdroju i trzeci, gdy brodzimy w puchu, wspinając się na K-45 w Rabie Wyżnej. Wspaniale zachowana robi tym większe wrażenie, gdy linii profilu nie przesłaniają liście. Gdyby nie zawalone drzewo i rozkopany przez drogowców dół zeskoku, w szczycie „małyszomanii” pewnie znalazłoby się kilku chcących zmierzyć się z rekordem Stefana Huli. Ojciec Stefana juniora pofrunął tu kiedyś pięćdziesiąt metrów. W Dzianiszu, który odwiedzamy przed wizytą u Matejów, skakali ponoć jeszcze w latach 90. Amatorsko nawet na początku nowego millenium.

 

 

- Pamiętam, że próg zawsze usypywaliśmy ze śniegu. Jak dopiero zaczynałem trenować w Zakopanem, czasami w Dzianiszu próbowaliśmy na zjazdówkach. Niestety odkąd zawalił się most nad potokiem, skocznia umarła – opowiadał kiedyś o obiekcie mieszkający mieszkający tam Krzysztof Miętus. Teraz z całości profilu została wyłącznie zardzewiała, ale przynajmniej metalowa wieża. Mateja senior o skoczniach sprzed lat mówi, że większość stawianych tu konstrukcji powstawała z drewna, które załatwiało się z lasów, jak tylko udało się ochronić je przed ekspansją Tatrzańskiego Parku Narodowego. Budowane niekiedy na oko, bez szczegółowych pomiarów i architektów, ale z zaangażowaniem, jakiego dzisiaj w społeczeństwie po prostu brakuje.

 

Żeby dojść do skoczni w Witowie, znów brodzimy w śniegu. Ale że było warto, to mało powiedziane. Tam, a później wieczorami w pensjonacie ciągną się rozmowy.

- Skoki się wyspecjalizowały, zrobiły ekskluzywne, drogie i zamknięte. To już nie te czasy, gdy trener Mieczysław Kozdruń opisywał krok po kroku w książce, jak budować małe obiekty na podwórkach – uważa Mikołaj. Potwierdzenie z Beskidów: Malinka im. Małysza kosztowała 47 mln zł. Dwie skocznie w Bystrej – po taniości 600 tysięcy. Tyle co ładny dom na Żoliborzu.

 

 

Kombinezon – 1400 zł. Roczny budżet klubu – 13000

Wspominamy, jak lubelska „Krokiewka” miała zostać usunięta, bo nakazał tego właściciel terenu. Chłopaki próbowały zachęcić miasto i „Krokiewkę 2” postawić w centrum miasta. Zbierali papiery, projekty, sprawą zainteresowała się Renata Filipowska z Politechniki Krakowskiej. A później chłopaki wyrosły i się skończyło.

Ale to był Lublin, nie góry. Zwijanie się nart z miejscowości, gdzie te były kiedyś pierwszym sposobem spędzania wolnego czasu jest o wiele smutniejsze, głównie dlatego, że między grającymi na tabletach i utopionymi w internecie są duże talenty. Niektóre nawet coś skaczą, tyle że bez stypendium i z wymogiem np. płacenia za wyjazdy na zawody długo zabawy nie ciągną. Mateja senior: - W moich czasach co chwilę w okolicy odbywały się jakieś zawody narciarskie. Zawsze byli chętni.

 

W ostatnich letnich mistrzostwach Polski wystąpiło 35 zawodników. W zimowych – 37. Kilka lat temu w Szczyrku startowała ponad setka i zaprezentowała zbliżony poziom.

 

- Wyjściem z sytuacji będzie wzmocnienie klubów finansowo, bo tylko z ilości biorą się przyszłe talenty. Trzeba doprowadzić do tego, by w klubach znów pojawiało się po kilkunastu młodych skoczków. Niedawno brakowało nam sprzętu, a teraz jest odwrotnie. Trzeba się nad tym poważnie zastanowić – komentował wiceprezes PZN Andrzej Wąsowicz. Prezes Apoloniusz Tajner: - Nie znam wielu trenerów, którzy godziliby się na szkolenie dzieci za paręset złotych.

 

 

Czasami nie ma nawet tych paruset. Tak w Szklarskiej Porębie zamknęła się sekcja skokowa Mirosława Grafa, tak w Lubawce karierę skończył Krystian Gryczuk. Tak zamykały się jedna po drugiej skocznie na Podhalu. Minister Sportu i Turystyki Witold Bańka wierzy, że drugim motorem napędowym będą sukcesy Kamila Stocha i drużyny Stefana Horngachera. Dotację podobną do tych z PRL ma zapewnić program „Klub”. Tajner docenia działanie MSiT, ale przyznał: to kropla w morzu potrzeb. Mikołaj zrobił kiedyś w Beskidach przejmujący wywiad z Tadeuszem Tajnerem. Cytat: „trzy komplety wiązań – 200 złotych. Wyposażenie jednego skoczka to 5 tysięcy złotych minimum. Za porządne narty – 580 euro. Kombinezon – 1400 złotych, buty tyle samo, albo i droższe. Tymczasem w budżecie klubu na skoki rocznie przeznaczone jest 13 tysięcy złotych”. To już nie są czasy czapeczki, byle jakich nart i zabawy na śniegu. Jest kilka krajów, gdzie pieniędzy na dobry sprzęt nie mają nawet skaczący w Pucharze Świata.

 

Przez trzy dni skoczniołazowskiej podróży po Podhalu oprócz Zakopanego widzieliśmy siedem miejsc. Wszędzie wyobrażaliśmy sobie tam skoczków i jak porośnięte teraz wzgórze żyje. W piątek w pobliżu Rabki nie zdążyliśmy do Suchej Beskidzkiej, Makowa Podhalańskiego, Juszczyna i Jordanowa. W sobotę nie zobaczyliśmy Koniówki i „pięćdziesiątki” w Dolinie Kościeliska. W niedzielę było jeszcze gorzej, bo czasu zabrakło na Ciche, Nowy Targ, Poronin, Suche, Bukowinę Tatrzańską, Szaflary, Wieliczkę, Jawornik i Kraków. Tyle tego kiedyś było.

 

- A w Myślenicach na skoczni byliście? – spytał na Wielkiej Krokwi Tomek Kalemba z Onetu. Czyli było tego jeszcze więcej.

Komentarze (12)

Napisz komentarz
No photo
No photo~jaaaaUżytkownik anonimowy
~jaaaa :
No photo~jaaaaUżytkownik anonimowy
U nas chłopcy w czasach Adama też zrobili skocznię w Sułkowicach k. Andrychowa, koło 30 metrów latali w zwykłych nartach, często starych biegówkach, które były spisane na straty. Ja pamiętam na zwykłej usypanej koło niewielkiej górki skoczni połamałem dwie pary nart :D Teraz w zwykłych nartach czy kombinezonie bez marki to nawet na stok dzieciaki nie chcą przyjeżdżać. Szkoda, bo nie wierzę, że w kraju gdzie całe południe jest terenem górzystym nie ma talentów, które mogłyby biegać czy zjeżdżać na światowym poziomie.
23 sty 15:45 | ocena:83%
Liczba głosów:6
83%
17%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~S1Użytkownik anonimowy
~S1 :
No photo~S1Użytkownik anonimowy
W Białymstoku na terenie bazaru (obok znanego stadionu) do dzisiaj stoi wieża skoczni narciarskiej. Jeszcze około roku 1970 była cała (stalowa) konstrukcja tej skoczni.
23 sty 19:38 | ocena:80%
Liczba głosów:5
80%
20%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~SpyUżytkownik anonimowy
~Spy :
No photo~SpyUżytkownik anonimowy
A ja widziałem skocznię w Wilkasach. Zeskok był na górce a miejsce do hamowania na jeziorze. Z tego co widziałem wieża stała jeszcze w latach 50-tych.
5 lut 19:06
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii